Ale po co i co dalej?

with Brak komentarzy

Można? Można.

Jeżeli to czytasz, to znaczy, że strona już hula. Co mnie zresztą niezmiernie cieszy. 16 stycznia o godz. 17 opublikuję klip „Tańcząc w Ciemnościach”, który będzie pierwszym obrazem promującym moje nowe, niezależne wydawnictwo. Strasznie się z tego powodu cieszę.

 

Wiadomo, że gadki w stylu: „To moja najważniejsza płyta”, „Miałem wiele chwil zwątpienia”, „To mój najbardziej dopracowany projekt” są już oklepane (choć może lepsze niż zapowiedź rychłego rozjebania sceny, publiki i braggi w powietrze). Tylko tutaj spróbuj sobie wyobrazić, że słyszysz śmiech Boga, tak jak jest ma to miejsce w moim przypadku, bo serio muszę napisać, że to moja najważniejsza płyta, miałem wiele chwil zwątpienia przy jej tworzeniu (choć jeszcze jej nie ukończyłem, ale jest bliżej niż dalej) i dopracowałem ją najbardziej z dotychczas nagranych. Tych ostatnich trochę było, ale mam w sobie na tyle dystansu, że traktuję je jako trening. Takiego treningu brakuje zresztą, moim zdaniem, wielu pchającym się dziś na afisz młodym bandytĄ mikrofonu; wojownikom o hajs, swag, fejm, afisz, rzesze bad biczys i Bóg wie, co jeszcze. Zamiast poćwiczyć w domowym zaciszu, pchają wszystko, co nagrają w sieć, pozostając kompletnie bezkrytyczni w stosunku do samych siebie, reagując złością i buntem na jakikolwiek przejaw krytyki. Ale ja nie o tym chciałem…

 

Będzie to moja najważniejsza płyta, ponieważ to, co na niej zawarłem, uważam za dojrzałe. Po prostu odnalazłem się w życiu. Zdaje się, że w przypadku twórcy oznaczałoby to koniec drogi, bo i o czym pisać, kiedy nie ma się emocji, nie wytacza się po pijaku lub po dragach w błocie, nie złamie czyjegoś serca lub też komuś się pikawy nie przestawi? Zdaje się. Okazuje się jednak, że – przeciwnie do mojej tezy o tym, że skoro wziąłem rozwód z melanżem, to nie będę miał o czym pisać – odnalezienie szczęścia, rozwiązania na problemy, które do tej pory w twórczości opisywałem, daje pewną super możliwość. Możliwość, jakiej nigdy wcześniej nie posiadałem, a raczej łaknąłem jej od innych, a mianowicie: mogę podzielić się swoim doświadczeniem z Tobą, Tobą i Tobą. Z tym i tamtym. Z tą i tamtą. Z Wami. Doświadczeniem nie o tym, jak mi źle lub zajebiście, ale tym, jak odnalazłem wyjście z sytuacji, w której być może Ty się teraz znajdujesz i nie wiesz, co robić. Nie to, że chciałbym komukolwiek mówić, jak ma żyć, czy też uważam się za mentora i fundament mądrości – nie, „no co Ty, co Ty”. Każdy wybiera sam, a ja bywam omylny, jednak może w katharsis uda się komuś znaleźć iskrę nadziei.

 

Zatem, jeśli ten album nie przyniesie mi wielkiej popularności (jak przyniesie, to też), ucieszy mnie, gdy powiesz, że odnalazłeś/aś w nim coś dla siebie. 5!