Jesteś tym, co jesz

with Brak komentarzy

Jesteś tym, co jesz. Z tego, co kiedyś wyczytałem i czego uczyli mnie w szkole, dorosły człowiek składa się – oczywiście w zależności od tego, co jadł czy ile pił w danym dniu – w jakichś 70 procentach z wody. Reszta to związki organiczne. Nieorganiczne zresztą też. Tym podobno jesteśmy.

Jesteś tym, co jesz. Nie tylko żarcie

Chyba każdy z nas zna dziewczynę, która wiecznie jest na diecie. I te grube a.k.a. No ja nie wiem, nic nie jem, a nie mogę schudnąć – mam słabą przemianę materii/słabe geny/grube kości (bo przecież piwo, które pijesz wieczorem z psiapsiółami nie ma kalorii, a ta czekolada i ciastka zjedzone późnym wieczorem i nocą się nie liczą, bo nikt nie widział).

Jesteś tym, co jesz
Źródło: pixabay.com

 

Lub: Piję 5 litrów herbatek odchudzających dziennie, ale nie ćwiczę, i te chude, które nie jedzą, żeby nie przytyć, bo Patrz, ile tłuszczu, o! [tutaj wyobraź sobie scenę, gdy takowa szczupła laska naciąga sobie kawałek skóry z przedramienia i mówi Ci przytoczone zdanie, patrząc głęboko w oczy, podnosząc ton zabarwiony kolorem rozpaczy). Albo suchego typa, który mówi, że wpier…la ile wlezie, a i tak nie może nabrać masy. No każdy, prawda?

 

Hz – Mimesis – Drugi Singiel

Żeby już nie pastwić się nad powyższymi, bo sam ideałem nie jestem i nigdy nie będę, ani też nie chcę wyjść na szowinistę, przejdę do wywodu. O ile nie skończyłeś/aś czytać, to pozwolę sobie stwierdzić, że przywołane wyżej osoby są albo obrazem hipokryzji, albo zaprzeczeniem powszechnych teorii. W drugim przypadku (tego suchego chłopa – przypomnę, w razie gdybyś się zgubił, Czytelniku, w moich zawiłych, wielokrotnie złożonych zdaniach 😉 ) być może coś poszło nie tak i jednostka taka albo będzie zadowolona z tego faktu (Żrę kebaby i nie tyje, łaaaał!), albo będzie się z tego powodu smucić (Ziomki z siłowni co rusz wstawiają gołe klaty na Insta i Fejsika, a ja się wstydzę 🙁 ), pewnym jest jednak, że druga opcja warunkuje byciem nieszczęśliwym, o ile się czegoś nie zmieni bądź nie zaakceptuje się tego, kim się jest.

Jesteś tym, co jesz. Anabolizm emocji

Co z tego wynika? W zasadzie to nic… Ale! Ale… Nie bez przyczyny rozwijam się tutaj o żarciu i jego skutkach anabolicznych bądź katabolicznych, ponieważ raz, że jestem głośny, a dwa – wydaje mi się, że obecne czasy dostarczają nam innego, bardzo istotnego w życiu pożywienia, którego pochłanianie bądź nie, bardzo mocno warunkuje to, kim jesteśmy na co dzień. I do którego powiedzenie Jesteś tym, co jesz – podobno Hipokratesowskie, ale pewien nikt do końca nie jest, a zapytać jak już dawno nie ma – bardzo dobrze pasuje.

Jesteś tym, co jesz
Źródło: pixabay.com

Nie oglądam telewizji. To znaczy czasami ją włączę, aczkolwiek najczęściej służy mi jako tło do zasypiania. Nie widzę nic złego w obejrzeniu ciekawego filmu bądź programu naukowego itp. w mediach, w zależności co kogo interesuje. Nie oglądam jednak programów informacyjnych, choć z racji wykonywanej pracy powinienem. Staram się jednak z informacji mi przez rozmaite stacje proponowanych korzystać za pośrednictwem Internetu i również za jego pośrednictwem różnych informacji szukać. Zapytałby ktoś Dlaczego?

 

Życie W (sz)Częściach

 

Otóż niejednokrotnie widziałem ludzi oglądających głównie mixy TVN-TVP-Polsat-Trwam i programy publicystyczne.

Ludzi oglądających głupie, wymóżdżające seriale, które kradną cenny czas naszego życia.

Kobiety i facetów sugerujących się opiniami jakichś z dupy specjalistów i celebrytów z telewizji śniadaniowych.

Mam takie przykłady w rodzinie, wśród znajomych, wśród nieznajomych…

Wiecie, co widziałem w tych ludziach?

Nienawiść. Niezadowolenie z życia. Nie akceptowali siebie, nie akceptowali innych.

Wyszydzali sytuacje, ludzkie tragedie, gubili się we własnych poglądach i zamykali się na świat, ograniczając jedynie do własnego zdania.

Nie chcieli poza jego obręb wyjść.

Przede wszystkim jednak, żyli cudzym życiem, a nie własnym.

Wytykali błędy wszystkim dokoła, nie widząc swoich lub patrzyli na to, co ktoś ma, nie doceniając tego, co posiadają.

Wracając na tor żywieniowy, mogę śmiało powiedzieć, że karmili się tym, co im serwowały rozmaite środki przekazu.

Jesteś tym, co jesz. Kto jest winny?

Łatwiej zwalić winę za niepowodzenie w życiu na partię polityczną, zamiast przyjrzeć się, czy sam nie popełniłem błędu. Robić porządki na cudzym podwórku, niż własnym. Nabroić w czyimś życiu, ale do własnego nie dopuszczać. Drążyć temat islamistów, ataków terrorystycznych i zionąć nienawiścią do nich, ale… Czy znasz chociaż jednego albo czy chociaż jeden zrobił Ci krzywdę? Ja ich sympatią nie darzę i nigdy nie darzyłem, podobnie zresztą reaguję dziwnie na wszelkie odmienności i ich nie akceptuję, tylko że w zasadzie to nikt odmiennej rasy nigdy nie zrobił mi krzywdy. Nie rozumiem i nie lubię odmienności i wynaturzeń, mam do tego prawo, ale czasami sam przyłapywałem się i przyłapuję na tym, że moje reakcje na związane z nimi tematy są irracjonalne – napędzane przez maszynkę medialną, a nie jakieś konkretne powody i uzasadnione urazy.

Przez wzgląd na powyższe, nie chcę potraw, którymi w większości się karmimy.

Jesteś tym, co jesz
Źródło: pixabay.com

Jeżeli chłoniesz ciągłe informacje o wypadkach, tragediach i krzywdach ludzkich i nakręcasz się tym sam, to w końcu wydaje Ci się, że świat jest zły, pełen niebezpieczeństw i nic dobrego nas nie czeka.

Jesteś tym, co jesz. Jeżeli stałeś się dewotą, bo ślepo wierzysz we wszystko, co mówi ci ksiądz, szukasz informacji tylko w katolickich mediach i nie próbujesz samodzielnie myśleć oraz weryfikować faktów, to jesteś winny temu, że karmisz się cały czas jedną potrawą.

Jeżeli uważasz, że w Polsce są tylko dwie partie polityczne i można zgadzać się tylko z jedną albo z drugą, być albo po lewej, albo po prawej stronie, nie czerpiąc po trochu z obydwu, to przykro mi na to patrzeć, ale… Jesteś tym, co jesz.

Jeżeli zalewasz się w trupa i wspomagasz innymi specyfikami, bo świat Cię skrzywdził, wszyscy są źli i należy Ci się wyszaleć za to, co otrzymałeś od życia; nikt nie ma prawa Ci nic kazać, nawet Bóg (ale on przecież nie istnieje) i upodlanie się to jest Twój sposób na życie, to cóż – będziesz chodzącą wódką i dragami władowanymi do worka pełnego uraz do świata.

Jeżeli oglądasz non stop wymóżdżające seriale i dochodzisz do wniosku, że chciałbyś mieć tak, jak oni, bardziej żyjąc życiem wyimaginowanych bohaterów niż swoim lub też wydaje Ci się, że życie jest takie, jak w telewizji… Jesteś tym, co jesz.

Jeżeli chodzisz ciągle po stronach ludzi, których nienawidzisz za to, kim są (bo być może sam chciałbyś taki być, ale Ci nie wyszło) i wypluwasz tę nienawiść w komentarzach, karmiąc się tym wciąż, i wciąż… Jesteś tym, co jesz, czyli chodzącą nienawiścią i hejterem.

Jeżeli siekasz sobie kilkanaście fotek dziennie, skupiasz wyłącznie na sobie, uważasz za lepszą/lepszego od innych, szukając poklasku, akceptacji i braw oraz stawiając sobie za cel pokazanie wszystkim własnej wyższości… Jesteś tym, co jeszcze, czyli chodzącym egoizmem.

Jeżeli poświęcasz masę czasu na śledzenie życia innych na portalach społecznościowych, komórka czy tablet niedługo przyrosną Ci do łba i rąk, stając się integralną częścią organizmu, a dzieje się to wszystko kosztem Twojego życia i Twoich spraw… Cóż – jesteś nolifem…

Długo by wymieniać. Jak części w używanej furze. Myślę jednak, że sens został uchwycony.

Kiedyś sam karmiłem się niektórymi z wymienionych rzeczy. Zdarza mi się to czasami i teraz – drążę temat albo słyszę o czymś i się nakręcam. Mam jednak świadomość i wiem, co mogę zrobić, bo nauczyłem się postępować według prostego schematu, opartego na jednym istotnym pytaniu:

 

Czy mam na to wpływ? Jeśli tak – zmień to. Jeśli nie – zostaw to w spokoju i postaraj zaakceptować, że tak już jest.


Jeżeli wkurzają mnie wrzucane na Facebooka zdjęcia dzieci, panien z dziubkami, jedzenia czy znajomych, którzy za bardzo przesiąkli siłownią i muszą się pochwalić, że na nią chodzą – mam opcję, by ich nie obserwować. Jeżeli nie podoba mi się jakaś muza – po co mam jej słuchać albo klikać w nią na YT? Wcale nie muszę…

Podobnie zresztą nie muszę zostawiać komentarzy pod tym i tym, uświadamiając wszystkich, że moim zdaniem coś jest ch…we. Bo może być dla mnie, ale dla kogoś nie musi, a całego świata nie przekonam do swoich racji. Nie mam zresztą do tego prawa.


Nie twierdzę, że da się uniewrażliwić na to, co zastajemy na co dzień, często przypadkowo. Się-nie-da-się, bo jesteśmy tylko ludźmi. Można jednak się tym nie karmić. Nie drążyć tematu, nie karmić trolla, nie wbijać łokcia ani kolana między żebra, nie uogólniać, nie nienawidzić, nie śmiać się… No dobra, może bez tego ostatniego. 🙂

 

You are, what you eat, biiiijaaacz!