Teraz na sprzętach, kiedyś na patentach, czyli Hz Type Beats

with Brak komentarzy

A kiedy chciałem mieć sample, to musiałem powycinać je sam.

Pokazałem kiedyś koleżce, w czym robiłem bity w zamierzchłych czasach początku XXI wieku i nie ukrywał zdziwienia. O ile teraz wydaje mi się, że małolaty w procesie beatmakingu poświęcają najwięcej czasu na ściągnięcie wtyczek z Internetu albo znalezienie tanich paczek sampli ze Stanów w dobrej jakości, o tyle w tamtych czasach cierpliwość była potrzebna na znalezienie jakichś dźwięków W OGÓLE. Tak jest – chciałeś mieć stopę, werbel, hihat, to musiałeś sam je wyciąć. Jak to nawinął TDF w Masz Już Casio: Dziś się robi to na sprzętach, kiedyś na patentach…


Na to, że zacząłem robić bity, wpłynął jeden, istotny dość ciąg wydarzeń: z młodszym kolegą stworzyliśmy zespół, w którym ja miałem pisać, a on pisać i robić bity. Tak je robił, że ani jednego spod jego ręki nigdy nie usłyszałem i tak pisał, że nigdy nic razem nie nagraliśmy. Koniec historii. Nie mam do niego o to żalu, bo dzięki temu stwierdziłem, że jak chcę zacząć rapować, to muszę mieć pod co, a jak on się ociąga, to… Sam zajmę się produkcją. Kompletnie nie wiedziałem, jak się to robi.

Sąsiad mający już z deka doświadczenie w beatmakingu podesłał mi narzędzia podstawowe: program Fast Tracker, który mieścił się na dyskietce plus trochę swoich sampli. Otworzyłem program i ujrzałem to:

 

 

Nie pamiętam dokładnie, ale chyba z pół dnia mi zajęło dojście, jak w ogóle mam tam dodać dźwięk. Jak już go dodałem, to nie wiedziałem, jak sprawić, by zagrał. Kwestia tego, żeby grał tak, jak chcę, była juz sprawą naprawdę odległą. Oktawy? Tony? Gdzie to umiejscowić? Noooo way!

W końcu coś zrobiłem. Jarałem się jak zły tą kakofonią budowaną na schizofrenicznej wręcz wyobraźni, prowadzonej jakimś pianinkiem, werblem w miejscu stopy, stopy w miejscu werbla i haihetem poupychanym chyba wszędzie, gdzie było miejsce w linii perkusji (o ile w ogóle miałem o takowej wtedy pojęcie). Odpaliłem swoje pierwsze dzieło i… Ni huk się pod to nie dało nawinąć tego, co napisałem.

Postanowiłem więc trochę posłuchać, zanim coś zrobię. Potem doszedłem do tego, jak idzie perkusja w bitach rapowych: że werbel jest na czwartyk cyk, stopa uderza na początku pętli, potem jakoś wybija rytm, a haihet idzie równomiernie. Wyciąłem jakąś pętlę z jazzu, dopasowałem, bass zapierdział i mogłem śmiało rzec: That…! Is…! Something…!

Trochę to zajęło. W każdym razie, dało się coś tam nawet pod te brzdąkania zarapować. Potem grzebałem się we wszelkich posiadanych w domu płytach i wycinałem co ciekawsze dźwięki. Mix? Jaki mix – ścieżki zapisywane były w mono, a o jakości bity decydowała jakość sampla, jaki wyciąłeś. Wiadomo, że co poniektórych było stać na MPC i inne gramofony, ale na pewno nie mnie, bo na pierwszego Shure’a za 80-90zł z Allegro zbierałem dość długo. Z Fast Trackera przerzuciłem się na Mad Trackera, który był lepszą wersją tego pierwszego i wyglądał tak:

 

mtracker

 

Na MT zrobiłem bity do w sumie 7 płyt undergroundowych (jak sobie właśnie policzyłem, prawie 80 kawałków) plus kilkadziesiąt luźnych. Nie było mowy o VST i innych wspomagaczach. Potem – choć z bólem rozstałem się z Mad Trackerem – był Acid Pro, w którym poprzednio nagrywałem kawałki (bo wypadało już tworzyć coś w lepszej jakości), aż w końcu ogarnąłem FL Studio, na którym działam do dzisiaj.

 


Po co to piszę? Nie, nie po to, aby ktoś poklepał mnie po plecach za wytrwałość w spartańskich warunkach programów z krainy Windows 3.1 i moją determinację w poszukiwaniu sampli. Nie chcę też krytykować tego, że dziś jest po prostu łatwiej produkować, bo technika poszła i wciąż, w zawrotnym tempie idzie do przodu – fajnie, że tak jest i wielu ludzi może się w tym kierunku szkolić; może na tym zarabiać i jarać się tym, zamiast marnotrawić czas na jakieś wymóżdżające pierdoły. Piszę to, po pierwsze, jako fajną retrospekcję dla siebie samego i ludzi, którzy pamiętają tamte czasy i w nich tworzyli, a po przez wzgląd na to, co pisze poniżej:

 

Pochodziłem jakiś czas temu po forach producenckich – w poszukiwaniu bitów oraz w celu m.in. dokształcenia się w dziedzinach mixowania bitów. Producentem się nie określam, a raczej klepaczem bitów, z angielska zwanym beatmakerem, bo podkłady klepałem zawsze z zajawki, zaczynając w czasach, gdy nie było tutoriali w Internecie, a i sam Internet ogólnie nie każdy miał. Tym bardziej nie można było pościągać setek giga wtyczek z Internetu, a tym bardziej gotowych pętli, chyba że samemu się takowe wysamplowało.

Wracając jednak do owych for i grup facebook’owych chociażby, zauważyłem w wielu przypadkach – szczególnie wśród tworzących bity rapowe, których producentami bym raczej nie określał – jak teraz łatwo zostać producentem, uplasować swoje ego na wyżynach i wytykać innym, że co oni się znają, patrz jakie kozaki ja klepię. Dobra, chłopie – kozaki, ale na walonych pętlach sampli i perkusji, za które często płacisz kilkadziesiąt dolców i twierdzisz, że to Twoja produkcja i jesteś w stanie to udowodnić, bo przecież masz ścieżki. I nie przekonasz mnie jako 16-latek, że nagle jesteś w stanie sam wszystko zagrać i do tego zrobić zajebiste brzmienie.

Między innymi z tego względu, że wiem, ile się pracuje na to, by nauczyć się coś tworzyć, a po drugie, znałem parę przypadków, gdy cwaniak kupował za dolce ścieżki z zagranicznej strony, a potem podpisywał się jako producent, twierdząc, że wszystko sam zagrał i jest zajebisty. Schody zaczynały się wówczas, gdy nagle ktoś brał ten bit na poważniejszy projekt i – gdy wchodziło w grę puszczenie w radio oraz pomartwienie się o prawa autorskie – zaczynały się schody, bo:

  • Eee… W sumie, to ja nie pamiętam czy to mój bit;
  • Eee… Ty, ścieżki mi wyjebało z kompa;
  • Nie, no co Ty, toż mówiłem, że instrumental… itp. itd.

Jak to zwykle bywa, kłamstwo ma krótkie nogi. Najśmieszniejsze było i tak to drugie tłumaczenie, kiedy ktoś pokazywał walony bit-instrumental, a jak trzeba było go zaaranżować, to nagle ginęły ścieżki. 🙂 Ojeeej.

Ja nie wyobrażam sobie, bym nie pamiętał bitu, który zrobiłem, bo nawet sample, których się użyło, poznaje się od razu. Moja refleksja dotyczy tego, że znak czasów obecnych (wszystko szybko, łatwo i na wałku, a jak Ci się nie podoba to wyp…aj, bo nie mam w sobie za grosz samokrytyki, i wygrywam życie, i mam hajs, a Ty nie masz, i beka z Ciebie, i jesteś cebulakiem i łakiem, i… Wszyscy wiemy, jak to wygląda, nie?) odciśnięty został mocno również w przypadku produkcji – czy też *produkcji* – bo rzuci się jeden z drugim na owocowe pętle, ukradnie linię melodyczną i 500 paczek sampli, poukłada klocki, a potem: Voilà! Jestem drugim Dre!

To nie produkcja, kochani. To nawet nie jest fajne, bo budujesz coś na wałku. Ja, choć jakość tego, co robiłem, pozostawiała i pewnie pozostawia wiele do życzenia, przynajmniej mam świadomość, że od podstaw coś tworzyłem, tworzę i od podstaw do tego doszedłem. Jak Ty jesteś dumny z farmazonu, jaki budujesz, to już Twoja sprawa, aczkolwiek… Słabe to jest.

 

Mam rację? Nie mam? Zawsze możesz się do tego ustosunkować w komentarzu.

 

PS. Co do kawałka, z którego pochodzą moje wersy przytoczone na początku, to można go sprawdzić poniżej. Chyba jedna z moich najlepszych zwrotek, a na pewno najlepsza gościnna. 🙂