Życie W (sz)Częściach

with Brak komentarzy

Chyba najważniejszą sprawą w życiu jest bycie szczęśliwym. Nie chyba – na pewno.

 

Pomimo swojego sceptycznego podejścia do coachingów wszelakiej maści, obejrzałem dzisiaj video polecone mi przez moją druga połówkę, dotyczące ścieżki planowania kariery. Nie ukrywam, że fakt obejrzenia przeze mnie filmu do końca świadczy o wzbudzeniu przezeń mojego zainteresowania, podobnie jak nie ukrywam tego, iż zgadzam się z wieloma poruszonymi tam problemami oraz przedstawionymi wnioskami. Kilka lat temu, jako człowiek nieszczęśliwy, pewnie miałbym na ten temat inne zdanie. I właśnie o szczęściu, jego definicji chciałem od dłuższego czasu napisać. Cytując klasyka: The time is now!


Swoją drogą, wchodząc myślą na margines, wideo, o którym wspomniałem na początku, zrodziło we mnie pytanie: Jak musimy być dzisiaj zagubionymi jednostkami, skoro wymyślono taki zawód jak kołcz? Skoro zarabiać można na pomaganiu innym w szukaniu odpowiedzi na pytania: Co chcesz robić? Jak chcesz żyć? Co da Ci szczęście? Niby psychologowie już dawno byli, wcześniej psychologiem był ksiądz, no ale… Obserwując ludzi w różnym wieku coraz częściej zauważam, jak mylne wielu z nas ma pojęcie o byciu spełnionym człowiekiem. Tym bardziej cieszę się, że otrzymałem łaskę bycia szczęśliwym.


Znam bądź znałem (można kogoś odznać?) osoby, które – zdawać by się mogło – odpowiedziały sobie bardzo szybko i sztywno na powyższe pytania, określiły czego chcą i do tego dążyły. Wiecie, co im w większości przypadków pomogło? Media na przykład. Telewizja, kolorowe gazety. Idole z ekranu bądź okładek czasopism. Muzycy i artyści, muzycy i artyści, sportowcy, modelki, modele, blogerzy… Wszyscy wiemy, że sporo można wymieniać, ale nie ma to sensu, skoro… Skoro wiemy, o co chodzi. O! Albo jeszcze inne autorytety – koledzy lub koleżanki z osiedla, kumple od piwa i wódki, znajomi od imprez, specjaliści z forum, komentatorzy z Youtube i portali społecznościowych, szef lub szefowa, współpracownik… Tutaj też lista jest spora. W każdym razie, mówili często: Pi…ol wszystko – rób hajs!, Znajdź chłopaka/dziewczynę – to Ci pomoże!, Idź na medycynę/prawo – będziesz miał szacunek i kosił kupę siana!, Musisz znaleźć chłopaka/dziewczynę i będziesz szczęśliwy/a!, Baw się!, Znajdź Chrystusa!, Znajdź Allacha!, Idź do polityki!, Idź po trupach! czy… Oho, znowu długa lista. Jestem pewien, że jeżeli to czytasz, to potrafisz sobie pewne sceny i wypowiedziane w nich zdania wyobrazić, bo w zasadzie o to mi chodzi.


Czy wymienione wyżej rady, potem szybkie odpowiedzi na najważniejsze pytanie egzystencjalne, a następnie dążenie do realizacji celu przyniosły skutki? Cóż – różnie, choć niestety, w większości dobrze to nie wygląda. Może u niektórych się pozmieniało, czego im życzę, ale… Niestety, odpowiedzenie sobie na pytanie Jak być szczęśliwym? jest, jak mi się wydaje, jeszcze trudniejsze, niż ustanowienie siebie takim człowiekiem. To w sumie logiczne, bo problem można rozwiązać dopiero po dotarciu do jego źródła. I najczęściej właśnie z tą podróżą wiąże się ogrom pracy, a nie – jak się wielu wydaje – sprawienie, że staniemy się ludźmi szczęśliwymi. To bywa niekiedy proste, kiedy już zna się swoje ograniczenia.


W każdym razie, wracając do moich anonimowych znajomych, mogę napisać, że ten, kto szukał drugiej połówki za wszelką cenę i na różne sposoby, jakoś dalej nie może trafić na pasującą doń. To znaczy… Może inaczej: znajduje, niby fajnie, a potem okazuje się, że nie jest z tą osobą szczęśliwy. I szuka dalej.
Temu, który postawił sobie za cel zarobić jak najwięcej hajsu, ciągle jest za mało. Ile by nie miał, wciąż bieda i brakuje, a im więcej zarabia, tym więcej wydaje. Jakoś nie dostrzegam szczęścia w jego zachowaniu i oczach, ilekroć go spotykam.
Ziomki, którzy postanowili pier…ić wszystko i iść w hajlajf, albo zmagają się z uzależnieniami, albo balują, wypierając te uzależnienia i są dalej sami w tłumie. Zupełnie jak ja kiedyś. Nie chcę wyjść na typa, który uważa takowych za gorszych – nie, to nie o to chodzi. Po prostu każdy ma wybór. Ja swojego dokonałem, oni też.
Co tam było dalej? Aha – kariera. Studia. Czy tam odwrotnie w kolejności. Sporo pokończyło np. dwa kierunki i nie wiedzą, co zrobić z uzyskaną tam wiedzą. Coś, jak koleżanki, które zdały prawko za pierwszym, ale boją się wsiąść za kółko, bo bez instruktora to strasznie.

 

Niektórzy postawili na dobrze płatne zawody i strasznie się w tych zawodach męczą, nie mając czasu na to, co lubią, a zdaje mi się, że gdyby trochę pogłówkowali, to mogliby nieźle zarabiać właśnie na zajawce. Tylko jakoś ciągle się gubią. Szukaliście kołcza? Hehe…


Długo mógłbym tak jeszcze pisać, ale nie w tym sęk, bo mam nadzieję, że – o ile nie przytłoczyła Cię ilość tekstu na samym początku i doszedłeś/doszłaś do tego akapitu…
Co ja chciałem? Aha – mam nadzieję, że udało mi się wyjaśnić, do czego zmierzam. Zwizualizować swoje myśli w Twoich, coś takiego. Przywołam zatem ten film, który oglądałem dzisiaj i w którym, według mojej interpretacji, między wierszami poruszono właśnie kwestię szczęścia. Równowagi ciała, umysłu i duszy.
Podobno istnieje prawo kosmosu, według którego im bardziej nastawieni jesteśmy na konkretną rzecz, której pożąda nasze ego i im więcej poświęcamy energii na jej zdobycie, tym większa jest szansa, że nigdy tego nie zdobędziemy. Np. człowiek, którego celem w życiu jest osiągnięcie szczęścia za pomocą pieniędzy i tylko tego się trzyma, mając klapki na oczach, najczęściej nie zdobywa tego hajsu lub nawet jeżeli zdobywa, jest wciąż nienasycony i nieszczęśliwy. Zresztą, jak osiągnąć stan ducha materialnym środkiem?
Podobnie, jak mi się wydaje, ma się sprawa z człowiekiem, który całe życie oddaje Opatrzności, Sile Wyższej, zaprzestając działania i wierząc, że Bóg da mu wszystko, czego potrzebuje, oraz że – ba! – wszystko za niego załatwi. Nieeeee-e, proszę Państwa – błONd! Samo się nie zrobi. Chociaż zawsze można przyjąć postawę cierpiętniczą i tłumaczyć sobie, że Bóg tak chciał umierając w rynsztoku nie zauważając własnych zaniedbań. Do mnie jednak taka postawa jakoś nie przemawia.


A teraz własne doświadczenie, ponieważ – dzięki Bogu, ale też i dzięki mojemu zaangażowaniu (małemu w porównaniu do tego, co uczynił Bóg, ale jednak) – myślę, że jestem szczęśliwym człowiekiem. Heh, myślę – ja to wiem, bo to się czuje! W każdym razie, do czego zmierzam: wiele czasu szukałem szczęścia tam, gdzie go nie było. Jako dziecko w fantastyce, potem chyba w próbach oszukania natury, jeszcze potem w realizowaniu własnych pobudek, następnie w zabawie i używkach, w muzyce, w… No, znowu lista, więc poprzestańmy na tym. Niektóre rzeczy zdobywałem i byłem zadowolony, ale odbywało się to kosztem duszy. Wiem dzisiaj, że niemożliwym było osiągnięcie szczęścia, ile bym nie miał i jakkolwiek świadomy psychologicznie samego siebie bym nie był, bez pierwiastka duchowego. Tego mi właśnie brakowało i dopiero zajęcie się tą sferą sprawiło, że moje życie obróciło się o 180 stopni, jestem tu gdzie jestem i z roku na rok nie błądzę we mgle. Wiem, czego chcę, idę w tym kierunku i jakieś tam malutkie sukcesy już dostrzegam. Kiedyś chciałem wszystkiego od razu i wydawało mi się, że sukces ma być spektakularny, a osiągnięciu szczęścia towarzyszą… Nie wiem, jakieś znaki z nieba?


W filmie, wokół którego tak krążę myślami, poruszono trzy aspekty ludzkie – ciało, umysł i duszę. Ja ten podział poznałem już wcześniej, gdzie indziej, co nie zmienia faktu, iż jest on trafny. Również w tym filmie Pan Adam wysnuwa teorię, że będziemy w stanie efektywnie pokierować wszelkimi aspektami naszego życia (tutaj akurat chodzi o karierę, ale jestem przekonany, że naprawdę większości dziedzin naszej egzystencji to dotyczy), jeżeli postaramy się o równowagę pomiędzy tymi trzema. Myślę, że to prawda.
Kiedyś walczyłem z tym, jak zapewnić sobie więcej hajsu jak najszybciej, często robiąc to, czego nie lubiłem. Gdy zacząłem wykorzystywać swoje umiejętności inaczej, ćwicząc cierpliwość i robiąc rzeczy, które lubię, ukierunkowawszy je trochę na zarobki (ale nie od razu kolosalne i nie jedynie w zarobkach widząc cel), pieniądze nagle przyszły. I to często większe, niż oczekiwałem. To jeden z przykładów, ale jest ich sporo. W każdym razie, chciałem pokazać, że mi pomogło i pomaga np. kierowanie się w wielu dziedzinach aspektem duchowym, a nie cielesnym (materialnym).
Być może w czyimś przypadku sfera duchowa jest silnie rozwinięta, ale niekoniecznie umie on działać. Być może ktoś ma nieźle rozwiniętego ducha i jest aktywny, ale nie ma odpowiedniej wiedzy… Nie wiem – piszę to, by podzielić się swoim doświadczeniem i przemyśleniami oraz jako człowiek, który odnalazł swój sposób na szczęście. Pomimo tego, że nie zarabiam jakichś kokosów, nie mam samochodu (nawet prawa jazdy jeszcze nie mam), mieszkam w wynajętym mieszkaniu, nie jestem na szczycie korporacji, nie osiągnąłem sukcesu muzycznego (choć muzyką zajmuję się od kilkunastu lat) itp. itd. Bo szczęście i sukces to pojęcia względne, które ktoś tam, gdzieś tam określa. Sukcesem jest np. wychować dziecko na porządnego człowieka, a przecież o tym jakoś się nie mówi. Bardziej atrakcyjny jest wydziarany patus, przez którego nos przewinęło się kilka tirów kokainy, który osiąga sukcesu w świecie muzycznym bez jakichkolwiek muzycznych umiejętności. W sumie nie mi to oceniać, choć swojego zdania nikt mi mieć nie zabroni.


Nie wiem, jaka jest recepta na szczęście. Uniwersalnej na pewno nie ma. Wiem, jaką znalazłem ja. Tobie życzę, byś znalazł(a) własną, o ile jeszcze jej nie masz. A jeżeli już wejdziesz w jej posiadanie, to abyś ją zrealizował(a).